Radwańska: Nie miałam siły roztrzaskać rakiety
Written by Administrator   
Wednesday, 21 January 2009 11:52
Zobacz powiększenie
 
- Przegrałam, bo popełniłam za dużo błędów. Wiem, że oczekiwania w Polsce były duże, ja też wymagałam od siebie minimum przejścia trzech-czterech rund. To był raczej wypadek, a nie początek kryzysu - mówi "Gazecie" Agnieszka Radwańska.
 
Bondarenko po polsku: Przepraszam Was, Polacy

Jakub Ciastoń: Przegrała pani z rywalką, czy ze sobą?

Agnieszka Radwańska: - Przede wszystkim z rywalką. Już po losowaniu mówiłam, że z Bondarenko może być ciężko, bo to tenisistka, która mało psuje, gra regularnie. Lubi długie wymiany i nie daje okazji do szybkiego skończenia piłki. Jest daleko w rankingu, ale powinna być wyżej. 

Było 37 stopni, upał miał znaczenie?

- Nie. Jak grałam w Sydney, było gorzej.

Wiatr?

- W pierwszym secie przeszkadzał, bo zwalniał piłki. Bondarenko, z grą na przerzut, miała łatwiej. Ale ten set był do wygrania. Popełniłam za dużo błędów.

Aż 51 w całym meczu. Z czego one się brały?

- Generalnie nie pokazałam wybitnej formy w tym meczu. To zupełnie nie był mój dzień. W pierwszym secie przeszkadzał wiatr. Ale w końcówce, gdy obroniłam tyle piłek setowych, powinnam mocniej zaatakować. Zmarnowałam parę szans. Ten set był do wygrania. Bondarenko przebijała bardzo dużo piłek, rzadko się myliła, a ja ciągle trafiałam w siatkę, albo nie mogłam skończyć wymiany. Nie wiem dlaczego. Dużo z tych błędów było minimalnych. 

Jest pani bardzo rozczarowana?

- Nie pójdę się powiesić do łazienki. Porażki w tenisie się zdarzają każdemu. Ale oczywiście jestem rozczarowana. Jestem dziesiąta na świecie, w Melbourne byłam rozstawiona z dziewiątką. Wiem, że oczekiwania w Polsce były duże, ale ja też wymagałam od siebie sporo. Chciałam przejść co najmniej trzy-cztery rundy, a potem ewentualnie pokusić się o więcej. 

Łez jednak nie było?

- Nie płakałam, byłam tak zrezygnowana, że nie miałam już nawet siły roztrzaskać w szatni rakiety, a po takich meczach zawsze je rozwalam w drobny mak. Po prostu chciałam jak najszybciej zejść z kortu i trochę posiedzieć w samotności. 

Gdy wysoko rozstawiona tenisistka przegrywa w pierwszej rundzie, to może być początek jakiegoś kryzysu formy. Nie boi się pani tego?

- Przed Australian Open grało mi się dobrze w Sydney, czułam się w wysokiej formie. Ani w Sydney, ani w Melbourne, nic na treningach nie wskazywało, że coś jest nie tak. Gdy przychodzi dołek formy, albo problemy z motywacją, to się zazwyczaj czuje. Teraz tego nie było, więc myślę, że ta porażka to był wypadek, chwilowe potknięcie.

Mogła sobie pani na nie pozwolić, bo w zeszłym roku tak dobrze grała w Szlemie?

- Niby tak, ale jednak szkoda, że przegrałam w pierwszej rundzie. To boli najbardziej, choć to samo spotkało 64 inne tenisistki. 

Straci pani sporo punktów za zeszłoroczny ćwierćfinał, być może wypadnie z dziesiątki. 

- Mówiłam już przed turniejem, że ja nie kalkuluję i nie obliczam punktów. Trzeba grać kolejne turnieje. Nowego sezonu trochę się obawiam, bo jest tuż po reformie kalendarza. Gram w kilku nowych miejscach, praktycznie tylko w dużych imprezach, więc przede mną wiele meczów z dziewczynami z czołówki. Nie mam już tego komfortu co kiedyś, że raz na jakiś czas mogę sobie pozwolić na małą imprezę i nabijanie licznika na dziewczynach z drugiej setki. Ale dopiero jakiś dłuższy kryzys mógłby spowodować poważniejszy spadek. Mam nadzieję, że to nie nastąpi.

Źródło: Gazeta Wyborcza